Trzeba mieć czas dla człowieka
22 stycznia 2016

Trzeba mieć czas dla człowieka

Przyjeżdżają z najdalszych zakątków Polski, wielu z zagranicy. Czasem z


22 stycznia 2016

Przyjeżdżają z najdalszych zakątków Polski, wielu z zagranicy. Czasem z niedowierzaniem. Zawsze z ogromnym bagażem nadziei. Niektórzy podchodzą do sprawy racjonalnie, jak jeden neurochirurg, który wysłał do niej swojego chorego na nowotwór mózgu teścia. – Ja będę cię musiał kroić i nie wiadomo, co się stanie. A jeśli jej się uda – pomoże ci bez operacji… Pomogła.

Bioenergoterapeutka Elwira Kruk o ludziach, którzy ją odwiedzają opowiada jak o swojej największej życiowej pasji. I tylko oczy jej ciemnieją, kiedy uzmysławia sobie, że nie wszystkim może pomóc.

Minęło 30 lat, a ona wciąż jest zadziwiona jak wiele Bóg zrobił jej rękoma. – Bo to wszystko od Niego – mówi. – Ja tylko wykorzystuję energię, którą mnie obdarzył.

Pani Elwiro, dziękuję za uratowanie mi życia. Po wizytach u Pani wszystkie objawy ustąpiły, a badania lekarskie wykazały, że po guzie nie ma śladu – zwykły kratkowany zeszyt w szufladzie jej biurka pełen jest takich wpisów. Niektórzy dziękują, inni ze szczegółami opisują swoją chorobę. To, jak odbierano im nadzieję. I to, co było potem. Dołączają również wyniki specjalistycznych badań. Ciężko to ogarnąć rozumem. Kobiecie która po zapaleniu trzustki miała skrajnie wyniszczony organizm, medycyna nie dawała szans. Zapalenie otrzewnej, zapalenie płuc, ropnie wewnątrzbrzuszne, sepsa… Rodzina dostarczyła Elwirze fotografię. Kobieta wróciła do zdrowia.

– Trzeba wiele pokory. I miłości do ludzi – mówi Elwira. Nigdy nie jeździła przyjmować do innych miast. Ludzie sami ją odnajdują w Rzeszowie. Różni ludzie, z różnych środowisk. – Bo wie pani, dla człowieka trzeba mieć czas. Jeśli ktoś przyjeżdża kilkaset kilometrów, na przykład z Gdańska, muszę to uszanować. Zapytać, porozmawiać, sprawić, żeby poczuł się bezpiecznie…

Pan Piotr przyjeżdżał z Krosna. Miał guza wielkości ogórka. Sam potrafił wyczuć go w swoim brzuchu. Był coraz słabszy, lekarze liczyli tygodnie. Operacja niemożliwa ze względu na ogólnie zły stan zdrowia i wyjątkowo niewygodne umiejscowienie guza w jelitach.

Żona usłyszała o bioenergoterapeutce z Rzeszowa od… znajomych z Irlandii. Zadzwoniła. – Pamiętam, że ten mężczyzna już po pierwszym zabiegu poczuł się lepiej – wspomina Elwira. – Przyjeżdżał raz w tygodniu. Po kilku zabiegach powiedział „jestem przekonany, że ten guz znika”. Cieszyłam się, że czuje się lepiej, jednak studziłam jego entuzjazm. Powiedziałam mu wtedy: – To są poważne słowa. Ja się pod tym nie podpiszę.

– Pan wygląda kwitnąco! – wykrzyknął lekarz, który zobaczył swojego pacjenta po czterech miesiącach. Pacjenta, który według wszelkich danych medycznych nie powinien przeżyć. Pierwszy „opis” wykonanego natychmiast rezonansu brzmiał: „w życiu czegoś takiego nie widziałem”.

– Dopiero wtedy miałam pewność, że pomogłam – wspomina Elwira. – Potwierdził to lekarz.

Odległość nie ma znaczenia

W słuchawce roztrzęsiony, ale pełen nadziei głos kobiety: – Mój tato jest w agonii, ma raka mózgu. Leży w hospicjum. Lekarze mówią, niech go pani zabierze, żeby umarł w domu, wśród najbliższych. Słyszałam, że pani może pomóc, że pani wystarczy zdjęcie…

– Ta kobieta przyniosła mi zdjęcie taty – opowiada Elwira. Robiłam zabiegi, myślałam, że może uda się chociaż ulżyć temu człowiekowi w cierpieniu. Po jakimś czasie znowu zadzwoniła. Powiedziała: właśnie dzisiaj wybieram ojca.

– Bóg skrócił jego ból…- pomyślałam. A ona dodała: – Różnica jest taka, że mój ojciec w pełni świadomy idzie obok mnie…

– Jak się pani regeneruje? – pytam. – Pani musi bywać bardzo zmęczona.

– To takie zwyczajne ludzkie zmęczenie, kiedy przyjmuję sporo osób w ciągu dnia. Ale nie ma mowy o energetycznym wypaleniu! Wierzę, że to dar od Boga i że dostałam go na całe życie. Czuję tę energię ciągle tak samo, choć pomagam już od trzydziestu lat. I szanuję ją. Widziałam wiele niewyobrażalnego. I myślę, że gdybym popadła w samouwielbienie, nie mogłabym pomagać. Wątpliwości? – oczywiście, że się zdarzają. Czy jeszcze mogę pomagać, czy to na pewno za moim pośrednictwem dana osoba zdrowieje, przecież niczego nie czuła podczas zabiegu…- pytań jest wiele. Jednak ilekroć się pojawiają, Pan Bóg „wylewa na mnie kubeł zimnej wody” i pojawia się człowiek, który jak się okazało za moim pośrednictwem wyszedł z jakiejś bardzo poważnej choroby.

uzdrawiacz_3

Bez szklanej kuli i kadzideł

Najważniejsza jest pokora. – Nie robię z siebie cudotwórcy – mówi Elwira. – Nigdy nie mówię, że na pewno pomogę. Nie doradzam rezygnacji z leczenia, z przyjmowania leków. Jak mogłabym tak postąpić? Kim jestem, żeby mówić człowiekowi: nie lecz się? Nie na tym polega bioenergoterapia.

Przykro jej, że niektórzy „uzdrowiciele” każdemu obiecują cud, kategorycznie zabraniają chodzenia do lekarzy, żerują na bólu, wykorzystują nadzieję. A ludzie za nadzieję zapłacą każde pieniądze. – To podłe i nieetyczne. I psuje opinię całemu środowisku.

Elwira Kruk jest wymieniana w gronie najskuteczniejszych bioenergoterapeutów w Polsce. Na podstawie efektów swojej pracy, nie deklaracji. Skupia się na pojedynczym człowieku, stroni od grupowych seansów, odrzuca propozycje spółek i „bioenergetycznych przedstawień”.

Podczas 20-minutowego zabiegu przykłada dłonie, nie dotykając człowieka. Jedni czują ciepło, inni jakby ucisk, u innych nie pojawia się nic szczególnego. Czasem kogoś dopada senność, czasem nagły przypływ energii utrzymujący się kilka godzin lub dni. Bywa też tak, że już w trakcie zabiegu ludzie zauważają zmiany, np. zmniejszenie obrzęku, poprawę widzenia. Często zmiany są spektakularne. Jak u mężczyzny, który po ośmiu latach chodzenia o kulach, po jednym zabiegu wstał i poszedł do domu o własnych siłach, kule zostawiając w gabinecie.

Aby zabieg był skuteczny, warto powtarzać go raz w tygodniu. Oczywiście w skrajnie trudnych przypadkach, robi się to częściej. Wielu ludziom udało się pomóc za pośrednictwem fotografii, czy innego przedmiotu „łączącego” Elwirę z chorym. Co zadziwiające, energia przekazywana bezpośrednio ma taką samą siłę jak ta, która musi pokonać ocean. Nieważne, czy człowiek jest lekarzem, nauczycielem, czy księdzem. Czy jest w Australii, czy siedzi na krześle w gabinecie.

– Dla mnie w bioenergoterapii ważne jest holistyczne podejście – podkreśla Elwira – Człowiek to ciało i psychika. Mam ogromną satysfakcję, że często udaje się jednocześnie zaradzić kilku problemom.

Albo z wyprzedzeniem wyczuć coś, czego aparatura diagnostyczna wyłapać jeszcze nie mogła. Tak było w przypadku dorastającej dziewczynki, która miała padaczkę. – Przyjeżdżała z rodzicami co tydzień, aż znad morza – wspomina Elwira. – Pomagałam jej. Kiedy pewnego dnia zapytałam, czy córka nie skarży się na prawy jajnik, rodzice popatrzyli na mnie z wyrzutem. Jakbym chciała ich naciągnąć, wymyślając nowe, niestwierdzone przez lekarzy choroby. Dopiero po jakimś czasie badania lekarskie wykazały, że na jajniku była cysta.

Mama chłopca, u którego Elwirę zaniepokoiła zmiana w uchu, zbagatelizowała ten sygnał. – Zadzwoniła po ponad dwóch latach – opowiada Elwira. – Powiedziała, że miałam rację i że z uchem jest poważny problem. Żałowała, że nie zareagowała od razu. Przyjechała potem z synem, ale po jednym zabiegu więcej się nie pojawiła. Byłam zaskoczona, przecież każdej matce zależy na zdrowiu dziecka. Minęły kolejne dwa lata. Przypadkiem dowiedziałam się od znajomej tamtej kobiety, że zaraz po pierwszym zabiegu ucho chłopca samoczynnie się oczyściło. Organizm wyrzucił zalegającą ropę i dolegliwości ustąpiły.

uzdrawiacz_2

Nie stawiam diagnozy

Elwira nie rości sobie żadnych praw do diagnozowania. Mówi tylko, że w danym miejscu na ciele czuje energetyczne zaburzenia. Reszta w naszych rękach. I lekarzy, którzy często potwierdzają badaniami, że w organizmie zaczyna się proces chorobowy. I nierzadko sami korzystają z jej zabiegów. Bywa też tak, że pacjenci szpitali w najdalszych zakątkach Polski dowiadują się o Elwirze od… swoich lekarzy.

Niektórzy lekarze sami przywożą do niej swoich pacjentów. Pani doktor z Lublina przyjechała z kilkoma ciężko chorymi osobami. – Podeszła do tego zupełnie naturalnie – opowiada Elwira. – Jak do kolejnej alternatywy w leczeniu. Wyjątkowy człowiek. Dawała tym ludziom więcej niż niejedna terapia.

Nie zlekceważyła też sygnału Elwiry, zaniepokojonej stanem małej dziewczynki. – Wyczułam coś w jej głowie – wspomina Elwira. Po badaniach okazało się, że to guz.

Na oficjalnej stronie internetowej Elwiry Kruk można przeczytać wypowiedź dr Marty Kwiatkowskiej, anestezjologa: Parokrotnie byłam świadkiem wezwania na OIOM pani Elwiry i na własne oczy widziałam u pacjentów poprawę krążenia krwi, unormowanie ciśnienia, odzyskanie przytomności.

Boski plan

Ku zdziwieniu niektórych, Elwira nie ma czarnego kota ani szklanej kuli. Nie szepcze zaklęć, nie pali kadzidełek. Wygląda zwyczajnie, żyje zwyczajnie. Dla niej bioenergoterapia to wspomaganie leczenia, pobudzanie organizmu do walki z chorobą, poprawa odporności. I choć sama nie uważa się za cudotwórcę, jest w jej życiu miejsce na cud.

„Jeśli ją odnajdziesz, zostaniesz uzdrowiona”

Używa tego słowa, opowiadając o swoim uzdrowieniu. Wiele lat temu, kiedy u progu dorosłego życia zachorowała na stwardnienie rozsiane, nie dawano jej nadziei. To nieuleczalna, postępująca choroba. – Leżałam i modliłam się, patrząc jak moi rodzice cierpią z bezsilności – mówi.

Uzdrowienie przychodziło stopniowo. Odzyskiwała siły, wracała do życia. – Jak mam o tym myśleć? – mówi dzisiaj po latach – jeśli nie w kategoriach cudu i boskiego planu? Minęło trochę czasu, zanim zrozumiała, w jakiej roli obsadził ją Bóg.

Historie piszą się same. Zeszyt w gabinecie Elwiry pełen jest świadectw ludzi, którzy wracali z „bardzo dalekiej podróży”. A ona wciąż wierzy, że ktoś tam, na górze, daje jej znaki. Jak wtedy, na dziecięcym oddziale onkologicznym…

– Przychodziłam do dzieci chorych na białaczkę. Któregoś dnia spotkałam dziewczynkę biegnącą po schodach. Zatrzymała się, popatrzyła na mnie jakoś tak, że nie byłam w stanie wykrztusić słowa. Dwie łzy spłynęły jej po policzkach.

Po kilku dniach kiedy wracałam do domu, zauważyłam kobietę wychodzącą z klatki w moim bloku. Byłam pewna, że mnie szuka. Nie poszłam jednak za nią, nie bardzo wiedziałam, co mam jej powiedzieć.

Jednak do mieszkania też nie dotarłam. Jakby coś zabetonowało mi nogi. Wiedziałam że powinnam pobiec za tą kobietą. Dogoniłam ją. Okazało się, że mnie szukała. Powiedziała, że przyjechała z Zakopanego, że jej córka choruje na białaczkę i leży w naszym szpitalu. Pojechałyśmy.

Na łóżku leżała dziewczynka, którą spotkałam na schodach… Zapytałam, co się stało, dlaczego wtedy płakała, dlaczego nic nie powiedziała.

„Ja mam dopiero dziewięć lat i pewnie mi pani nie uwierzy. Miałam taki sen. Matka Boska pokazała mi panią i powiedziała: jeśli ją odnajdziesz, zostaniesz uzdrowiona… „

Artykuł w miesięczniku „Uzdrawiacz” wrzesień 2015 r.


Leave a comment

Warning: simplexml_load_string(): Entity: line 1: parser error : Start tag expected, '<' not found in /home/jacekkruk/public_html/gabinetelwira/wp-content/plugins/soslider-social-slider/handlers/facebook/init.php on line 262

Warning: simplexml_load_string(): Not Found <br /><a href="http://www.facebook.com/">Back to Facebook.</a> in /home/jacekkruk/public_html/gabinetelwira/wp-content/plugins/soslider-social-slider/handlers/facebook/init.php on line 262

Warning: simplexml_load_string(): ^ in /home/jacekkruk/public_html/gabinetelwira/wp-content/plugins/soslider-social-slider/handlers/facebook/init.php on line 262

Warning: Invalid argument supplied for foreach() in /home/jacekkruk/public_html/gabinetelwira/wp-content/plugins/soslider-social-slider/handlers/facebook/init.php on line 263